Wspomnienia nauczycieli
| Barbara Bielska | nauczycielka j. polskiego w latach 1956 - 1991 | ||
| Irena Meisels | nauczycielka j. polskiego w latach 1955 - 1981 | ||
| ks. Krzysztof Burdak | katecheta od 1 września 1994 roku | ||
| Julia Kret | bibliotekarz szkolny w latach 1975 - 1995 | ||
| Irena Pawlica | nauczycielka matematyki od 1962 roku | ||
| Barbara Borzęta | pedagog szkolny od 1975 roku | ||
| Danuta Piotrowska | nauczycielka j. rosyjskiego od 1974 roku | ||
| Marek Jeleń | nauczyciel historii od 1990 roku | ||
| Janina Górz | nauczycielka biologii od 1979 roku | ||
| Małgorzata Mieszkowska | nauczycielka j. niemieckiego od 1976 roku | ||
| Katarzyna Miezian | nauczycielka j. polskiego od 1990 roku | ||
| Ludmiła Okrzesik | nauczycielka historii od 1988 roku | ||
| Maria Pilch | nauczycielka języka angielskiego od 1989 roku | ||
| Krystyna Turopolska | nauczycielka biologii od 1980 roku. | ||
| Ewa Szewczyk | nauczycielka matematyki od 1974 roku | ||
| Jadwiga Jabłońska | nauczycielka chemii od 1962 roku | ||
| Jadwiga Szarek | nauczycielka matematyki od 1973 roku |
"Wszystkim moim uczniom, gdziekolwiek są i cokolwiek robią i jakkolwiek mnie pamiętają, chcę powiedzieć, że czuję z nimi solidarność, której podstawą jest człowieczy los."
W VIII Liceum Ogólnokształcącym upłynęło niemal całe moje życie zawodowe. Jest to miejsce, z którym łączy mnie silna więź uczuciowa, a także poczucie odpowiedzialności za Was, którzy w nim niegdyś jako uczniowie przebywaliście i kształtowali swoje umysły, serca i charaktery. Jako jedna z najstarszych żyjących dziś nauczycielek tej szkoły, pamiętam jej początki, pamiętam bardzo wielu z tych, którzy zetknęli się ze mną jako polonistką, niektórzy także jako z wychowawczynią. Chciałoby się wyrazić po latach to, co się myśli i czuje, ale słowo - narzędzie ułomne - może temu zadaniu nie sprostać [...].
Najprzyjemniejsze wspomnienia łączą się dla mnie z dniami, które spędzałam ze swoimi uczniami na wycieczkach. Odbyłam ich zapewne kilkadziesiąt, ale szczególnie dobrze pamiętam jedną, z 1966 roku, gdy przepływaliśmy Dunajec, by przejść Pieniny i wtedy nagle wśród hałaśliwej grupy zrobiło się na tratwie zupełnie cicho. Wszyscy zamilkli wobec piękna i majestatu natury. Nikt nie śmiał się odezwać.
Ze wzruszeniem wspominam wycieczki w moje rodzinne strony: kilkakrotnie na Leskowiec, na Górę Jaroszowicką i Czartak w 1979 r. - w przeddzień I pielgrzymki papieża Jana Pawła II do Polski i wreszcie w 1984 r. do Suchej Beskidzkiej - miejsca mojego urodzenia. Pamiętam tę wycieczkę także dlatego, że nocne rozmowy, na które zaprosili mnie moi uczniowie, pozwoliły mi poczuć, jak wiele nas łączy mimo dużej różnicy lat [...].
Z odmienną atmosferą związane były coroczne - odbywane od lat 60-tych, gdy jeszcze nie istniało Muzeum Młodej Polski (powstałe w 1969 r.) - wycieczki do Rydlówki. Szliśmy tam zwykle w listopadzie, gdy za oknem weselnej izby - sceny stał już słomiany chochoł, a my słuchaliśmy opowieści, snutej piękną polszczyzną najpierw przez córkę Lucjana Rydla, Helenę z Rydlów Rydlową, a potem przez jego wnuczkę, panią Annę Rydlównę, o weselu sprzed kilkudziesięciu lat, które tak znacząco wpłynęło na naszą literaturę [...].
Pod koniec lat 80-tych, gdy uczniem mojej klasy, ostatniej już, jaką prowadziłam w VIII LO, był Marcin Konstanty - praprawnuk Włodzimierza Tetmajera - poznałam najstarszą wnuczkę poety - babcię Marcina, panią Annę Klimczyk. Pani Anna nie tylko zaprosiła całą klasę na Tetmajerówkę, pokazała nie eksponowane obrazy swojego Dziadka i pamiątki rodzinne, lecz także 20-osobową grupę podjęła herbatą i ciastem przez siebie upieczonym, stworzyła serdeczny, rodzinny wprost nastrój. Cieszę się, że moi uczniowie mogli poznać takiego człowieka, a poprzez niego coś, o co coraz trudniej - kult tradycji i więzi rodzinnych, trwających przez pokolenia. Marcin Konstanty jest dziś prezesem Fundacji Tetmajerowskiej.
Niezapomniane przeżycia w pracy z uczniami dawały także przygotowywane imprezy artystyczne. Nie było ich tak wiele, jak wycieczek. Uczniowie ujawniali w nich swoje talenty i możliwości, których trudno by się domyślić, gdy patrzyło się na nich siedzących w ławkach szkolnych. Dzięki jednej z tych imprez "Marzenie" Schumanna zawsze już kojarzyć mi się będzie z Antoniną, a poezja Wyspiańskiego z Małgosią, Niną, Magdą, Joasią - moimi uczennicami z humanistycznej klasy. Pamiętam także komiczne, satyryczne programy Witka, Tomka, Henryka - absolwentów z 1985 r.
Dużo zawdzięczam moim uczniom, zwłaszcza tym, którzy przychodzili do mnie ze swoimi problemami, kłopotami, nawet pretensjami. Ukazywali mi złożoność życia, wielorakość faktów, zmuszali do refleksji i często weryfikacji niepodważalnych - zdawałoby się - założeń i postaw. Bieg czasu zmieniał mnie zewnętrznie, ale także wewnętrznie. W początkowym okresie pracy wszystko wydawało się proste i jednoznaczne: należy wymagać tak, jak każe program, wiedza i umiejętności to wartości prymarne, żadnych tam uczuć czy względów na okoliczności. To na szczęście trwało krótko, a radykalnie zmieniło się, gdy moje dzieci poszły do szkoły, dzięki czemu widziałam ją jak gdyby z dwóch stron. Zaczęłam dostrzegać to, co ważniejsze od przepisów, litery prawa i programu. Błądząc i szukając ustaliłam, jak mi się zdaje, właściwą hierarchię i właściwe proporcje wartości. Mam nadzieję, że dzięki temu mniej jest wśród uczniów takich, którzy wspominają mnie z pretensją lub poczuciem krzywdy.
Życie szkolne przynosiło także, niestety, przykre, a niekiedy nawet dramatyczne chwile. Do nich należały oczywiście rozstania z kolegami, odprowadzanymi na wieczny spoczynek, rozstania na zawsze - także z rodzicami uczniów, którzy czasem niespodziewanie odchodzili. Należały do nich - choć mniej dramatyczne, a jednak bolesne - pożegnania z klasami. Radość uczniów z sukcesu i dojrzałości łączyła się z cierpieniem, jakie każde rozstanie z sobą niesie. Za najbardziej dramatyczne uważam jednak przeżycia z 1983 r., gdy władze szkolne domagały się nazwisk uczniów, którzy w dniu 11 listopada uczcili śpiewem "Boże, coś Polskę" rocznicę niepodległości. Chciały wobec nich wyciągnąć surowe konsekwencje. Wtedy to po raz pierwszy zwątpiłam w sens swojej pracy, zadawałam sobie pytania, gdzie ja jestem i po co? Konflikt udało się zażegnać, jednak cena związanych z nim przeżyć była bardzo wysoka.
Osobliwością w mojej pracy była klasa (bardzo liczna, ponad 40-osobowa), z której wyszło 14 przyszłych lekarzy i farmaceutów. Wszyscy niemal zdali egzamin wstępny za pierwszym razem; także wszyscy ukończyli studia. [...] Z niektórymi z nich mam nadal kontakt, czasem nawet relacja: uczeń - nauczyciel zmieniła się na inną: lekarz - pacjent. W tej klasie - jedynej w ciągu całej mojej pracy - miłość aż trzech par zakończyła się małżeństwem.
Szczególnie ciepłe uczucia żywię do tych moich uczniów, którzy jako kierunek studiów wybrali polonistykę. Nie ma ich tak dużo, jak lekarzy, ale cieszy mnie, że mam swoich duchowych spadkobierców. Wierzę, że wybór ten pozwolił im, tak jak i mnie, doznawać satysfakcji, jaką daje obcowanie na co dzień z literaturą i przybliżanie jej piękna innym.
Dużą radością w moim życiu były i są nadal zaproszenia nadsyłane od moich uczniów. Wielu z nich zapraszało mnie na swoje śluby, a nawet wesela, trzech na uroczystość święceń kapłańskich, prymicje i związane z nimi spotkania rodzinne, jeden - na obronę pracy doktorskiej. Czułam wtedy, że czas nie zatarł w ich pamięci obrazu szkoły i ludzi, którzy w niej z nimi obcowali. Cieszyłam się, że mogę dzielić ich szczęście i sukcesy. Za te przeżycia serdecznie im dziękuję. Uważam je za jedne z najważniejszych w moim życiu.
Wszystkim moim uczniom, gdziekolwiek są i cokolwiek robią i jakkolwiek mnie pamiętają, chcę powiedzieć, że czuję z nimi solidarność, której podstawą jest człowieczy los. Mój katecheta, ks. dr Edward Zacher, żegnając się z nami po maturze, powiedział: "Będziecie w życiu dużo cierpieć". Miałam mu to wtedy za złe, wydawało się tak nieprawdopodobne, mąciło radość wchodzenia w dojrzałe życie. Dziś wiem, że mówił prawdę, że cierpienie nikogo, a więc i Was, nie minie. Dodam jednak do tych słów coś, co może złagodzi ich przykrą wymowę. Dodam słowa poety, ks. Jana Twardowskiego, z którego wierszami nie wszystkich Was mogłam zapoznać, bo sama go długo nie znałam; nie był publikowany ani pożądany:
"Wierzących, niewierzących
wszystkich nas połączy
ból niezasłużony,
co zbliża do prawdy"
Barbara Bielska, nauczycielka j. polskiego w latach 1956 - 1991
" ... chciałam jej opowiedzieć o niektórych wydarzeniach z życia szkoły i wtedy zauważyłam, że odwróciła głowę ku klasztornym drzwiom ..."
W mroźny styczniowy dzień 1983 r. stanęłam przed kratą na furcie klasztoru Sióstr Bernardynek przy ulicy Poselskiej w Krakowie. Nie widziałam twarzy siostry furtianki, słyszałam tylko jej trochę monotonny głos, a potem szept odmawianego z przerwami różańca. Za chwilę, w czarnym habicie, zbliżyła się do kraty siostra Anna. Zauważyłam od razu, że poza strojem nie było w niej jeszcze nic z surowości tego kontemplacyjnego zakonu. To przyszło dopiero później. Złożyłam jej wyrazy współczucia w związku ze śmiercią matki, znanej mi pani Danuty Kędrackiej i chciałam w jakiś sposób ją pocieszyć, bo niedawno przeżyłam to samo. Przekazałam też siostrze Annie pozdrowienia od dawnych koleżanek z liceum, między innymi od Basi Bielskiej, Ireny Samek i Dzidki Podolskiej, a później chciałam jej opowiedzieć o niektórych wydarzeniach z życia szkoły. I wtedy zauważyłam, że odwróciła głowę ku klasztornym drzwiom, jakby dając mi w ten sposób do zrozumienia, że te sprawy już jej nie dotyczą. Powiedziała mi, że w Łowiczu , gdzie przebywa w nowicjacie, czuje się dobrze, gra na organach w kościele i uczestniczy w pracach klasztoru.
Od tego spotkania minęło 12 lat. Otrzymuję od Siostry Anny krótkie listy z życzeniami świątecznymi i zapewnieniem o modlitewnej pamięci.
Ewa Kędracka przyszła do naszego liceum prosto po studiach w 1971 r. Była nauczycielką fizyki. [...] Zaprzyjaźniłam się z nią. A zaczęło się od spraw zwykłych: codziennych powrotów ze szkoły tym samym tramwajem lub pieszo przez Aleję Powstańców Warszawy wraz z trzecią naszą koleżanką - Dzidką Podolską. Ewa była dosłownie dziewczyną "nie z tej ziemi". Miała rozmaite zainteresowania artystyczne. [...] Jeździła do Tyńca na koncerty organowe w opactwie OO Benedyktynów, dokąd jej ze trzy razy towarzyszyłam. Dobrze grała na fortepianie. Odznaczała się też jakąś wrażliwością społeczną. Odwiedzała często jeden z krakowskich Domów Dziecka i pomagała tamtejszym wychowankom w nauce, a z okazji świąt kupowała im książki i słodycze.
Była dziewczyną uduchowioną. Wiedziałam, że jeszcze z czasów akademickich była bardzo związana z duszpasterstwem kościoła św. Anny i ten fakt ma prawdopodobnie związek z jej zakonnym imieniem. [...]
W 1977 r. Ewie Kędrackiej i innym nauczycielkom, m. in. Podolskiej, brakło rzekomo godzin do etatu i zostały przeniesione do innych placówek: Ewa do Państwowego Domu Dziecka (myślę, że na własną prośbę), Dzidka do II LO. Odtąd samotnie wracałam ze szkoły, ale więzi przyjaźni nie zostały zerwane.
W 1980 r. Ewa wstąpiła do klasztoru SS Bernardynek w Krakowie, a w Łowiczu, gdzie się znajduje nowicjat, w 1985 roku złożyła wieczyste śluby zakonne w 1985 roku.
Irena Meisels, nauczycielka j. polskiego w latach 1955 - 1981
"Tylko wówczas jestem,
gdy jestem dobry.
Oto jedyna miara
mojego człowieczeństwa i istnienia".
   (R. Brandstaetter)
Być katechetą - co to znaczy? W moim odczuciu to być kapłanem w szkole, czyli wśród młodych i dla młodych. Być w gronie i dla grona wychowawców i nauczycieli. Nie przestając być kapłanem umieć stać się wychowawcą i podjąć trud kształtowania umysłów i serc młodzieży, która współtworzy szkolną rzeczywistość.
Czy nie wystarczy tylko uczyć? Odpowiadam - nie! Trzeba przede wszystkim wychowywać. Szczególnie dzisiaj, kiedy młodzi tracą zaufanie i oparcie w swoich rodzicach. Kiedy przestają czuć z nimi naturalną więź. Nie znaczy to, że ich nie potrzebują, przeciwnie oni za nimi wołają, tylko ten krzyk pozostaje bez odpowiedzi.
"...zależy mi na tym, aby ksiądz wiedział, że moje młode lata nie były usłane kwiatami. Wieczne awantury i bitwy na słowa, to naprawdę nic przyjemnego. W czasach "pokoju" złowroga cisza... Dziwię się, że się nie pozabijali. A dziecko jak to dziecko, chciało być ze wszystkimi w porządku i nie mogło zrozumieć skąd się bierze tyle nienawiści... Do cholery może to też zaważyło trochę na mojej psychice ?!!"
(z listu uczennicy)
Jeden z uczniów postawił mi pytanie: "czy otrzymuje ksiądz tylko smutne listy?". To jest rzecz dziwna, że w zdecydowanej większości "tak". Dziwi nie to, że piszą, bo to w moim odczuciu jest pozytywne, lecz że mają o czym pisać! I że piszą właśnie do księdza. A ja chcę by ci młodzi, których drogi przecięły się z drogą mojego kapłańskiego życia, zaistnieli jako ludzie. Warunkiem tego "zaistnieli" jest dobroć, jako wewnętrzne przekonanie, że warto oraz wewnętrzna dyspozycja do czynienia dobra wobec innych, gdyż "tylko wówczas jestem, gdy jestem dobry...".
W moim odczuciu jest to naturalna droga do pełni człowieczeństwa i radości, prawdziwej radości życia. Pytał kiedyś papież: "jaką miarą mierzyć człowieka?" Pytał i odpowiadał: "człowieka należy mierzyć miarą serca!" Katechecie trudno stosować inną miarę, gdyż każda inna jest zawodna. Ilustrując temat obecnej refleksji, przytoczę krótkie opowiadanie ze zbiorku B. Ferrero pt. "Płacz pustyni".
"Przebywający w północnej Afryce misjonarz był bardzo zaskoczony dziwnym zachowaniem pewnego Beduina, który od czasu do czasu kładł się na ziemi i przykładał ucho do pustynnego piasku.
Zapytał:
- Co robisz? -
- Przyjacielu, posłuchaj płaczu pustyni. Ona płacze, ponieważ chciałaby być ogrodem ".
W moim odczuciu, młodość jest taką pustynią, wydającą różne, bardziej lub mniej, słyszane i rozumiane odgłosy. Wielu "Beduinów" w te odgłosy się wsłuchuje i na nie reaguje.
Odpowiadam na ten "płacz pustyni" swoją obecnością i swoim kapłaństwem, swoim słowem na katechetycznych spotkaniach, stawiając sobie i młodzieży zasadniczy cel: "ubogacić" umysł i serce! Z tego zasadniczego wynikają pośrednie: intelektualny, sakramentalny i apostolski. Największą radość stanowi dla mnie obserwować jak "płacz" zmienia się w kwilenie i prawdziwą radość, jak człowiek młody powoli, tak często dramatycznie, odkrywa swoje miejsce i swoją rolę w życiu i świecie, stając się "ogrodem".
Rzadko sprawdzam obecność, podobnie jak rzadko stawiam oceny. Ryzykowne, może ktoś powiedzieć. Może nawet zapytać, czy to jest wychowawcze? Myślę, że to się opłaca w dłuższej perspektywie. Wiedza religijna, postawa religijna, nie jest jedynie na dziś, ale na całe życie. Czy młodzież umie to docenić? Tak!!! Umiała w moich poprzednich szkołach, umie i w VIII LO. Tak często mogłem im dziękować za właściwe, godne zachowanie w czasie wielu szkolnych, czy religijnych uroczystości. Ja im dziękowałem, potem mnie dziękowano. Czułem się kiedyś bardzo niezręcznie, gdy mnie młodemu kapłanowi, zasłużeni pedagodzy ze łzą w oku mówili słowo: "dziękujemy".
"Wdzięczność jest pamięcią ludzkiego serca". Czerpiąc więc z własnego serca, pragnę wypowiedzieć słowo wdzięczności wobec wszystkich, którzy stanowią rzeczywistość VIII Liceum Ogólnokształcącego im. Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie - tak dyrekcji jak gronu profesorskiemu oraz młodzieży, nie mogę pominąć pracowników administracji i całego zaplecza, wspólnie bowiem tworzymy dzień dzisiejszy naszej szkoły. Dziękuję za to, że jako ksiądz mam swoje miejsce w tym zespole i swoją rolę do spełnienia w procesie wychowawczym.
Mamy przed sobą czas, mamy dobrą atmosferę, a więc właściwe warunki do tego, by dorobek mijającego 40-lecia nie tylko zachować ale i błogosławieństwem Bożym pomnożyć dla dobra Ojczyzny, królewskiego Krakowa, osobistego dobra absolwentów i osobistej radości tych, którzy nie szczędzą starań by być wiernymi treści jakie zawarł Stanisław Wyspiański w słowach: "idziesz przez świat i światu dajesz kształt, przez swoje czyny".
Na radość świętowania i każdy następny dzień wychowawczego trudu mówię: "Szczęść Boże".
ks. Krzysztof Burdak, katecheta od 1 września 1994 roku
"Dziękuję przyjaciołom biblioteki VIII Liceum za wspólny trud."
Często, gdy wchodzę do biblioteki na swój "dyżur" zatrzymuję się w progu i wtedy nasuwa mi się myśl: "Jak tu ładnie. Jak tu się zmieniło". Taką refleksją dzielą się też z nami nasi dawni czytelnicy, którzy odwiedzają stare mury szkolne. Za ladą króluje wideo i komputer z drukarką.
Sięgam pamięcią wstecz, kiedy to rozpoczynałam pracę w "Ósemce" - było to 20 lat temu. Zastałam bibliotekę "szarą" - w czytelni, pełniącej rolę jadalni - wieczny bałagan i gwar. Książki wypożyczało się przez "okienko". Były to czasy, kiedy brakowało pieniędzy i zdobywanie książek wymagało dużego trudu, ale wtedy właśnie biblioteka szkolna pełniła bardzo ważną rolę w procesie dydaktyczno-wychowawczym i samokształceniowym. Cieszę się bardzo, że mimo upływu lat i ogromnych zmian, jakie dokonały się w dziedzinie kultury i techniki, młodzież nasza czyta dużo i tłumnie odwiedza bibliotekę.
W pierwszych latach swojej pracy dużo czasu poświęcałam na uporządkowanie dokumentacji bibliotecznej i warsztatu informacyjno-bibliograficznego. W trudnych chwilach ratował mnie optymizm i ogromna życzliwość ze strony Dyrektora Janusza Kaczkowskiego. Za jego "rządów" biblioteka tętniła życiem: młodzież całymi godzinami oprawiała książki, wykonywała prace porządkowe (kurz to nieodłączny towarzysz książek). Kupowaliśmy regały, przesuwaliśmy je ustawicznie, aby uzyskać w pomieszczeniach biblioteki więcej naturalnego światła.
W roku 1979 uczniowie klasy III a (wych. - prof. Krystyna Cięciwa) i klasy III e (wych. - prof. Maria Gorczewa) przygotowali program artystyczny dla uczniów całej szkoły poświęcony Januszowi Korczakowi w związku z Rokiem Korczakowskim, a w roku następnym spektakl "Poezje Jana Kochanowskiego". W tym okresie biblioteka zaprosiła wnuczkę Henryka Sienkiewicza - p. Marię Korniłłowiczównę, która spotkała się z uczniami naszego liceum.
Nawiązałyśmy też stały kontakt z Wojewódzką Biblioteką Pedagogiczną i do dzisiaj organizujemy tam wycieczki uczniów klas III i IV. Uczą się korzystać z bogatych zbiorów i ćwiczą w korzystaniu z warsztatu informacyjno-bibliograficznego biblioteki naukowej.
Wspominając przeszłość, chciałam złożyć serdeczne podziękowania moim współpracownicom. Przez trzy lata pracowałam z p. Barbarą Musiał, dzięki której - za dyrekcji Włodzimierza Japołła - młodzież mogła się spotkać z Aleksandrem Krawczukiem, Włodzimierzem Maciągiem, Jerzym Harasymowiczem. Czytelnia zaczęła zmieniać swój wygląd. Do kuchni zostało udostępnione inne wejście, przez co pomieszczenie to zaczęło przypominać naprawdę czytelnię, jakkolwiek przez kilka jeszcze lat odbywały się tam lekcje.
Dziękuję też serdecznie Dyrektorowi Bernardowi Strumidło i jego żonie Marii - wizytatorowi-metodykowi d/s bibliotek, za remont czytelni i biblioteki. Zburzono ściankę działową i zniknęło "straszne okienko", w ich miejsce wstawiono specjalnie wykonaną ladę biblioteczną, co okazało się doskonałym i funkcjonalnym rozwiązaniem.
Księgozbiór biblioteki też się zmienił dzięki systematycznym zakupom i selekcji książek zdezaktualizowanych i zniszczonych. Pierwszy zapis w księdze inwentarzowej z roku 1956 to "Pięć dramatów" W. Szekspira. Jeszcze teraz można spotkać książki z pieczątką Szkoły Podstawowej i XI Liceum Ogólnokształcącym, po których przejęliśmy księgozbiór. Możemy się poszczycić kilkoma cennymi antykwarycznymi książkami. Najstarsza z nich to: "Legenda" Stanisława Wyspiańskiego wydana nakładem autora w Krakowie w 1897 r.
Obecny dyrektor - Zdzisław Kusztal, który "przemeblował" całą szkołę - ma ambitne plany dotyczące naszego miejsca pracy. Dzięki dobrej współpracy Dyrektora z rodzicami nie musimy się już martwić o finanse na zakupy książek i nagród dla wyróżniających się uczniów. Księgozbiór biblioteki powiększa się szybko i systematycznie o wiele cennych pozycji. Jeżeli w latach poprzednich kupowano średnio w ciągu roku szkolnego około 300 książek, to w obecnym w okresie od IX 1994 r. do III 1995 r. zakupiono lub otrzymano w darze 840 woluminów. Ostatni nabytek to wielotomowa "Encyklopedia Britanica". Księgozbiór nasz wzbogaca się również o kasety wideo, które coraz częściej wykorzystywane są w procesie dydaktyczno-wychowawczym. W tym roku cała praca w bibliotece łącznie z warsztatem informacyjnym będzie skomputeryzowana.
Łącznicy naszej biblioteki nadal pomagają nam oprawiać książki (teraz już w folię), porządkować regały i chętnie deklarują pomoc w obsłudze komputera.
Coraz częściej pojawiają się w naszym księgozbiorze książki w twardych okładkach. To zasługa zawsze uśmiechniętej i życzliwej dla wszystkich p. Barbary Matyasik, z którą współpracuję już siedem lat. Zdobywa ona dla uczniów i nauczycieli ciekawe książki, po które ustawia się zawsze długa kolejka.
Dziękuję też paniom Dorotom, wspomagającym nas, a szczególnie p. Dorocie Szafraniec. Dzięki jej zapałowi i poczuciu estetyki wypiękniała nasza biblioteka, a klasyfikacja księgozbioru jest równie fachowa i szczegółowa jak w dużych bibliotekach naukowych.
Dziękuję wszystkim przyjaciołom biblioteki VIII Liceum, za wspólny trud.
Julia Kret, bibliotekarz szkolny w latach 1975 - 1995
/zmarła 18 listopada 1995 r./
"Wielką satysfakcję daje nam uczenie dzieci swoich dawnych uczniów"
Ponad 30 lat pracy w VIII LO musi budzić wiele refleksji, skłaniać do próby udzielenia sobie odpowiedzi na pytanie co jest, czy też powinno być ważne dla nauczyciela, dla ucznia, aby po wielu latach ciepło myśleli o swojej szkole.
Niewątpliwie wpływa na to wiele czynników. Jednym z nich i to bardzo ważnym jest atmosfera jaką tworzymy w klasie a także w zespole nauczycielskim. Według mnie jest ona w VIII LO więcej niż dobra; osiągnięcie czego wcale nie jest takie łatwe. Niejednokrotnie nauczyciele przychodzący do nas z innych szkół byli mile zaskoczeni tym, że ich pracy może towarzyszyć tyle wzajemnej życzliwości i serdeczności. Jestem przekonana, że tę opinię podziela wielu! Dzięki temu można było u nas zawsze znaleźć liczną grupę, nie tylko nauczycieli, która chętnie podejmowała się prac dodatkowych, wykraczających poza zwykłe obowiązki. I tak np. w stanie wojennym zapoczątkowano spotkania Wielkanocne, później Wigilijne; stały się one tradycją szkoły i przeniosły się także do zespołów klasowych. Z inicjatywy obecnego Dyrektora, w spotkaniach tych, uczestniczą także nauczyciele emerytowani, pracownicy administracji i młodzież.
Pracy każdego nauczyciela towarzyszy wiele stresów i wątpliwości związanych z zakresem wymagań wobec, jakże różnie uzdolnionych, uczniów. Dlatego bywa, że bardzo trudna jest sprawiedliwa ocena satysfakcjonująca nie tylko nauczyciela. Każdy z nas zdaje sobie sprawę z tego, że niestety, zbyt mało wie o większości uczniów, o powodach ich niepowodzeń. Niejednokrotnie postąpiłby inaczej, gdyby znalazł czas na serdeczną rozmowę i miał pełniejszą wiedzę o motywacji ich postępowania, o ich życiu domowym. Powodów do niezadowolenia z własnej pracy jest niestety dużo. Śledzenie rozwoju dzieci, świadomość naszego w nim udziału, przebywanie na co dzień z "młodością" jest niewątpliwie dla nas dużą rekompensatą.
Trudno nie wspomnieć o spotkaniach "po latach" tak przypadkowych jak i zorganizowanych, o radości jaką sprawiają nam sukcesy naszych uczniów. Nie sposób wymienić wszystkich wychowanków, mimo że wielu z nich tkwi głęboko w naszej pamięci i losy ich są nam znane. Niestety o wielu nic nie wiemy.
Wielką satysfakcję daje nam uczenie dzieci swoich dawnych uczniów, rozmowy z rodzicami posyłającymi swoje pociechy do VIII LO w nadziei, że ta atmosfera i wymagania, które im stawiano pozwolą tak samo dobrze wspominać tę szkołę ich dzieciom. I to są te optymistyczne akcenty, które nadają sens pracy i pozwalają myśleć ciepło o swojej szkole.
Irena Pawlica, nauczycielka matematyki od 1962 roku
"Staram się uświadomić młodzieży, że człowiek buduje siebie pokonując trudności [...] i że coś, co wydaje się być klęską - może okazać się szansą".
W roku 1975 tytułem eksperymentu, powstały w kilku szkołach krakowskich etaty pedagoga szkolnego. Objęcie takiej funkcji zaproponował mi dyrektor Janusz Kaczkowski - mój były nauczyciel j. polskiego z czasów edukacji w V Liceum Ogólnokształcącym, które ukończyłam. Pan Janusz Kaczkowski posiadał niezwykłą osobowość, dar współpracy z ludźmi. W szkole stworzył rodzinną atmosferę. Młodych nauczycieli otaczał życzliwością, zrozumieniem; z doświadczenia starszych korzystał. Sprawiał, że w szkole każdy czuł się dobrze.
Dzięki nauczycielom, którzy serdecznie mnie przyjęli, szybko nawiązałam kontakt z uczniami. Dla nas wszystkich było to nowe doświadczenie.
Chciałam przekazać młodzieży, że jestem tu dla nich. Chciałam, aby przychodzili nie tylko ci, którzy mają problemy, ale także wszyscy inni, którzy chcą po prostu porozmawiać. Jestem zadowolona, że drzwi mojego pokoju ciągle się otwierają i to już nie tak nieśmiało jak na początku. Czuję się blisko młodzieży, słucham ich zwierzeń. Mój gabinet jest miejscem, w którym uczeń ma możliwość rozładowania emocji. Dom rodzinny nie spełnia często swojej roli opiekuńczo - wychowawczej. Młody człowiek zostaje ze swoimi problemami sam.
W wielu sytuacjach obowiązuje mnie dyskrecja, tylko wyraźna zgoda zainteresowanych daje mi prawo do poruszania problemu na szerszym forum. Bez zaufania młodzieży moja praca straciłaby sens.
Przychodzą do mnie z różnymi sprawami: z brakiem wiary w siebie, z problemami rodzinnymi, nieporozumieniami w kontaktach partnerskich, brakiem umiejętności komunikowania się z rodzicami, przyjaciółmi, radzenia sobie w trudnych sytuacjach, z różnymi rodzajami lęku. Uczniowie klas pierwszych często przeżywają lęk przed wejściem w nowe środowisko. Młodzi ludzie boją się własnej niepewności, podejmowania decyzji, braku akceptacji. To co nazywamy lękiem przed dorosłością objawia się bardzo ambiwalentnymi emocjami. Z jednej strony przeżywają ogromną chęć uwolnienia się od uciążliwych zależności, wyrwania z domu, a z drugiej strony czują lęk przed ukończeniem szkoły, wyborem dalszego kształcenia. Boją się bezrobocia. Kiedyś tego problemu nie było. W tej sytuacji bezpiecznie jest być uczniem, nie trzeba myśleć o przyszłości.
Są też pytania o własną tożsamość: o to co ja naprawdę przeżywam, w jaki sposób; czy mam dobre, satysfakcjonujące kontakty z ludźmi, co jest przyczyną moich cierpień, na czym mi w życiu zależy, co jest mi niezbędne do zaspokojenia potrzeby bezpieczeństwa.
Staram się uświadomić młodzieży, że człowiek buduje siebie pokonując trudności, że ma do tego prawo i że coś, co wydaje się być klęską - może okazać się szansą.
Bardzo lubię swoją pracę. Każdy dzień wzbogaca mnie o nowe kontakty z ludźmi. W szkole panuje atmosfera partnerstwa, życzliwości i współpracy, a to bardzo ułatwia rozwiązywanie różnych problemów. I co najważniejsze - atmosferę tę zauważają uczniowie i ich rodzice.
Barbara Borzęta, pedagog szkolny od 1975 roku
"Każde wychowawstwo przyjmuję jak nowe wyzwanie ..."
Tak trudno uwierzyć, że to już dwudziesty drugi rok pracy w mojej szkole. Tak zawsze myślę i mówię o VIII Liceum - moja szkoła.
Bardzo wyraźnie pamiętam dzień, gdy po raz pierwszy przekroczyłam jej progi. To był koniec sierpnia 1974 roku. Upalny, podwójnie upalny z powodu stresu dzień. Dopiero osoba dyrektora Janusza Kaczkowskiego, człowieka niezwykłego uroku, taktu i ciepła trochę mnie uspokoiła. Miałam wiele szczęścia, że moim pierwszym przełożonym był właśnie On. Uświadomił mi jak bardzo wymagającym przede wszystkim od siebie i pracującym nad własną osobowością powinien być dobry nauczyciel. Wtedy tak niewiele umiałam, wiedziałam, uświadamiałam sobie. Brak pewności, żeby nie powiedzieć strach, nie opuszczał mnie długo. Dziś myślę, że to dobrze, tak powinno być. Stan taki, oczywiście powoli ulegający zmianie, pozwala odnosić się do pracy nauczycielskiej z pokorą. Czasem ze zdziwieniem obserwuję pewność przychodzących do zawodu, młodych nauczycieli. Nie wiem czy im zazdrościć, bo mnie tej pewności dziś po dwudziestu z górą latach pracy często brakuje. Mam wiele wątpliwości, szczególnie w pracy wychowawczej. To ona daje mi prawdziw ą satysfakcję, pozwala spełniać się w tym zawodzie. Każde wychowawstwo przyjmuję jak nowe wyzwanie, czy zdołam nawiązać tę tajemniczą nić, nić przyjaźni. Wychowawca to przyjaciel, czy te wyświechtane często słowa odzyskają swoje prawdziwe znaczenie? Każde wychowawstwo przyjmuję z nadzieją i zaciekawieniem, to ostatnie - czwarte, na progu którego się znajduję - również. Czy uda się grupę młodych ludzi związać ze sobą, choć trochę ukształtować, by po latach pozostali połączeni niezwykłym czasem szkoły.
Jakże inaczej poprowadziłabym teraz moją pierwszą klasę wychowawczą, która opuściła VIII Liceum w 1984 roku. Jak wiele niedoskonałości było w tej pracy. Niezależnie od tego, wspomnienia i uczucia, jakie pozostały we mnie są niezwykłe, jak w odniesieniu do wszystkiego, co daje się pierwszy raz. Spotkanie z okazji dziesięciolecia matury przywołało je na nowo.
Od 1985 roku niezmiennie jestem wierna klasom biologiczno-chemicznym. Wśród uczniów tych klas spotkałam wielu nadzwyczajnych ludzi, często przyszłych lekarzy, w których drzemała też miłość do sztuki i nauk humanistycznych.
Z klasą "a" (1985-1989) udało się czterokrotnie wystawić sztuki S. Mrożka. A Krzyś Wąż i Maciek Klusek prezentowali swoje osiągnięcia aktorskie na festiwalu w Skawinie. Jakież emocje towarzyszyły wszystkim spektaklom, jacyż byliśmy dumni z efektu pracy. W tej klasie były najlepsze absolwentki 1989 roku - Bernadetta Szczepaniec i Basia Majewska. Jak podniosły przeżywałam moment, gdy całej wymienionej czwórce i Madzi Milczarek przypinałam po egzaminie maturalnym "Złotą Tarczę" - piękne odznaczenie, którego dziś już nie ma.
Następna klasa z lat 1990-1994 pełna była genialnych młodych ludzi. Nie boję się użyć tego określenia, nie ma w nim żadnej przesady. Bo przecież w tej klasie była Kasia Wolska, która zdała z powodzeniem na kilka kierunków studiów, a Jej egzamin na medycynę był najlepiej zdanym egzaminem w Polsce w roku 1994. Odeszła tak szybko, zabrały Ją nam ukochane przez Nią góry. To w tej klasie tak wielu z wyróżnieniem zdało egzamin maturalny: Olga Grzywnowicz, Dorota Lebiedź, Marcin Siwek, Bartek Odrobina nazwany "Czesławem", Agata Gicala, Przemek Powalacz, Wojtek Milanowski. Klasa "B" zawsze będzie mi się kojarzyć ze wspaniałymi obozami naukowymi, gdzieś blisko gór, z rozmowami prawie do świtu, które ugruntowywały we mnie przekonanie o niezwykłości wielu młodych ludzi.
Dziś, gdy patrzę na moich pierwszaków, jestem pewna, że za cztery lata zajmą w mym sercu i umyśle ważne miejsce. Chciałabym namówić młodych nauczycieli, by koniecznie starali się o powierzenie im wychowawstwa. Ta strona pracy nauczycielskiej, jak żadna inna wzbogaca nas, uszlachetnia, czyni nas wrażliwszymi na drugiego człowieka. To wszystko wydaje się takie oczywiste, boję się, czy nie pobrzmiewa jak tani sentymentalizm, ale proszę uwierzyć, są takie momenty, gdy szczególnie mocno uświadamiamy sobie sens naszej pracy. Jak ta chwila w grudniu, ubiegłego roku, gdy 29 uczniów byłej klasy IV B, w dwa lata po maturze, z opłatkiem w ręku, wypowiadało słowa, w których zawierała się tajemnica odniesień uczeń - nauczyciel, a może po prostu dwojga ludzi. W ten wieczór wydawało mi się, że nigdy nie rozstawałam się z moimi uczniami, a VIII Liceum jest dla Nich tym szczególnym miejscem, do którego się wraca.
Danuta Piotrowska, nauczycielka języka rosyjskiego od 1974 roku
Znajdujemy się na drodze przemian ustrojowych. Społeczeństwo odzyskuje suwerenność, powstaje demokratyczne państwo. Aby jednak doszło do zmian konieczna jest przemiana świadomości społecznej. Dlatego poznanie zasad i mechanizmów funkcjonowania państwa oraz przygotowanie do uczestniczenia w życiu politycznym staje się jednym z ważniejszych zadań współczesnej szkoły.
Dla przybliżenia młodzieży problemów konstytucjonalizmu w maju 1995 r. odbyła się w naszym liceum Debata Konstytucyjna. Była to symulacja prac nad przygotowaniem nowej konstytucji. Wstępem do debaty były lekcje o prawach człowieka i problemach związanych z zapisywaniem ich w konstytucjach. Młodzież utworzyła Komisję Konstytucyjną, wybrała prezydium i podzieliła się na podkomisje. Zadaniem każdej z nich było wypracowanie jednego artykułu - propozycji do konstytucji. Dyskutowano nad prawem do mieszkania, wolnością religii, pełnym zatrudnieniem i służbą wojskową.
Debacie przysłuchiwała się grupa nauczycieli i uczniów klas drugich. Pomysł przeprowadzenia "Debaty Konstytucyjnej w Szkole Średniej" powstał w Centrum Edukacji Obywatelskiej w Warszawie. Tam też wysłaliśmy sprawozdanie z naszych prac i znaleźliśmy się w gronie laureatów Konkursu Debat Szkolnych. Przedstawiciele szkół wyróżnionych spotkali się w stolicy: zwiedzali Sejm, spotkali się z dziennikarzami, poznali pracę Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, zapoznali się z pracami nad projektem konstytucji. W czasie tego spotkania pojawił się pomysł zorganizowania w szkołach wyborów prezydenckich.
Program "Młodzi Głosują" miał zainteresować młodzież sprawą wyborów, zachęcić do udziału w nich, przygotować do samodzielnego formułowania ocen i podejmowania decyzji w sprawach politycznych. Projekt składał się z dwóch części.
Pierwsza umożliwiała poznanie ordynacji wyborczej, roli wyborów w demokratycznym społeczeństwie i programów poszczególnych kandydatów.
Druga była głosowaniem młodzieży na kandydatów startujących w państwowych wyborach.
Do realizacji programu przystąpiliśmy już od końca września propagując go wśród społeczności szkolnej. W październiku odbywały się lekcje wiedzy o społeczeństwie, historii i godziny wychowawcze poświęcone tematyce wyborczej. Oprócz nauczycieli historii prowadziło je także kilku wychowawców. W połowie miesiąca do pracy przystąpiła Młodzieżowa Komisja Wyborcza, której zadaniem było przeprowadzenie głosowania. Drukowała listę wyborców, karty do głosowania, przypominała przepisy, przygotowywała lokal wyborczy. 30 października odbyła się I tura wyborów: frekwencja wynosiła ponad 78% i jak się później okazało była wyższa niż w I turze wyborów państwowych. W szkolnym głosowaniu wygrał Lech Wałęsa przed Jackiem Kuroniem. II tura odbyła się 7 listopada i wygrał w niej Lech Wałęsa.
Tak w czasie Debaty Konstytucyjnej jak i w czasie Głosowania Młodych korzystaliśmy z materiałów dydaktycznych i pomocy finansowej Centrum Edukacji Obywatelskiej oraz Dyrekcji Liceum.
Oba programy pokazały duże zainteresowanie młodzieży sprawami państwa i polityką. Poznane procedury wykorzystywane były później w czasie Sejmiku Uczniowskiego i wyborów na prezydenta VIII LO.
Przeprowadzenie programów było możliwe dzięki przychylności Dyrekcji Liceum oraz sprzyjającej atmosferze stworzonej przez Grono Pedagogiczne.
Było to coś więcej niż lekcje wiedzy o społeczeństwie: nie tylko dało młodzieży wiedzę, ale pozwoliło zetknąć się z materią problemów konstytucyjnych, zmusiło do działania. Umożliwiło przećwiczenie różnych zachowań, pozwoliło zagrać role: wyborcy, członka Komisji Konstytucyjnej, członka Komisji Wyborczej.
Marek Jeleń, nauczyciel historii od 1990 roku
"... stawiaj sobie wysokie wymagania, wysoką poprzeczkę, bo nigdy przeciętny nie wykształci wybitnego ..."
Kiedy nastąpiły moje "zaślubiny" z VIII LO? Już nie pamiętam. Wiem, że było to wtedy, gdy w Krakowie tramwaj numer 19 przestał jeździć do Cracovii, a ja do pracy w Podgórzu. [...]
W pierwszym dniu pracy usłyszałam: "..nasz dyrektor ma filmową urodę...". Oczywiście, chodziło o Janusza Kaczkowskiego, natomiast gdy przedstawiano mi uczniów, moich przyszłych olimpijczyków, usłyszałam: "..oby pani ich nie zmarnowała...". Są to najstarsze wspomnienia z pracy w Mojej Szkole - zawsze o niej mówię "z dużej litery". Nie ma już wśród nas pięknego i przystojnego dyrektora Kaczkowskiego, który omawiając moją hospitowaną lekcję, wiele razy powtarzał "..ja też tak robię." Miłe to było.
"Jej się udaje" - tak napisała kiedyś o mnie pani redaktor w Dzienniku Polskim. Wierzę w horoskopy, wierzę w przychylne gwiazdy, ale też wiem, że losowi trzeba pomagać, wtedy wszystko się udaje. Czy "zmarnowałam" tych uczniów? Wydaje się, że nie. Jacek Graca mówił do mnie "mamo", Boguś Wieczorek "ciociu", a z Małgosią Twaróg pojechałam na olimpiadę do Warszawy. Potem często, prawie co roku, jeździłam z moimi wspaniałymi uczniami do stolicy, walcząc wśród najlepszych o najwyższe laury w olimpiadach biologicznych. Nie pamiętam, czy Agnieszka Batko była przed, czy po Ani Prokop. Ani, która niedaleko swojej byłej szkoły ma piękny, nowoczesny gabinet stomatologiczny. A potem lata się zacierają, nazwiska i imiona mieszają. Dużo ich było: Kasia Sasuła ( Kasi przekazałam prawie całą własną biblioteczkę, wszystkie książki biologiczne, widząc w niej swoją następczynię), Krzyś Samiński, Tomek Róg, Marek Jasiówka, Pawełek Blecharz, Ewa Stochmal, Jurek Gąsowski, Marcin Zaremba, Agnieszka, Dorota, Ela i..... wielu, i.. .... na pewno nie było ich za dużo.
Nie tak dawno, bo 30 grudnia 1995, odwiedzili mnie moi dawni uczniowie. Marek Ziobro - dwukrotny laureat pierwszego stopnia olimpiady biologicznej i Radek Czosnowski. Obaj już lekarze. Przyszli do mojego domu z żonami ( Radek z żoną Olą, także absolwentką VIII LO) dziećmi, przynieśli też szampana. Było wesoło, wspaniale. Jeszcze widać pamiętają, chcą się pochwalić swoimi sukcesami. Więc widać, warto było... Pamiętamy, wspominamy - stan wojenny , a my planujemy wyjazdy. Mamy przepustki, zapasy jedzenia, ale jest zima i nie o wszystkim się pamięta. Zapomniałam zabrać mydła, niestety w tym okresie nie można go było kupić w kioskach.... ale to drobiazgi, najważniejsze niczego się nie bać, najważniejsze wygrać, może się uda. Udało się! Nagroda pierwszego stopnia. Wracamy szczęśliwi, ja niedomyta. Na drugi rok ja będę "lepsza od siebie", oni lepsi od innych.
Rok następny podobny, nawet lepszy jeszcze, jedziemy aż w sześć osób. Nie wszystko jednak było tak, jak planowaliśmy, było nam za wesoło, byliśmy za pewni... Marek jednak nie zawiódł. Podobnie potem Krzyś i inni.
Niestety, nie ze wszystkimi moimi olimpijczykami mogę powspominać nasze wspólne szkolne przygody i ich sukcesy. Niektórych nie ma już między nami. Nie ma i nigdy już nie będzie niezastąpionych nikim Bogusia Wieczorka i Krzysia Grzędy. Boguś potrafił w nocy, po godzinie policyjnej, przyjechać rowerem (autobusy i tramwaje nie jeździły), ryzykując wiele, aby mi coś tam jeszcze powiedzieć, o coś tam jeszcze zapytać, o coś poprosić. Mnie pozwolił Boguś obciąć swoje włosy... Z dumą przechowuję kartkę od ojca Bogusia, w której napisał do mnie z Libii "...dziękuję pani za przyjaźń z moim synem". Nigdy też już nie zobaczę olbrzymich butów Krzysia Grzędy, zdjętych w moim przedpokoju (zawsze zdejmował, choć nikt o to go nie prosił). Potem wiele godzin wspólnej pracy, rozmowy, dyskusje, sprzeczki..., a teraz już tylko wspomnienia... Przyjaźń z Krzysiem zaowocowała wielką przyjaźnią z jego rodzicami. Teraz ja im dziękuję.
Kiedy władze oswiatowe pozwoliły tworzyć klasy autorskie, próbuję i ja. Udaje się. Z moją klasą przyrodniczo-turystyczną zdobywamy wszystkie góry i osiągamy wiele sukcesów. Wędrujemy, bawimy się, modlimy (właśnie do tej Mojej Klasy przyszedł ksiądz Maliński, pierwszy raz do naszego liceum uczyć religii, raczej filozofii religii, na rok przed wprowadzeniem jej ponownie do szkół) i walczymy o czyste powietrze, wodę. Prawie wszystko, co zaplanujemy, okazuje się sukcesem. Wygrywamy nie tylko w olimpiadach, konkursach ekologicznych, ale pracujemy, sami zarabiamy na wycieczki; przy taśmach w fabrykach, sortując pomarańcze. Sto dwadzieścia dni na wycieczkach, sto dwadzieścia dni poza szkołą! Tego zazdrościli nam pewnie inni uczniowie.
Patrzę teraz na pamiątkową fotografię moich uczniów, olimpijczyków, teraz już wspaniałych mężczyzn i pięknych kobiet, jak stoją lub siedzą na lokomotywie gdzieś w Bieszczadach. Czy już wtedy wiedzieli, czy byli pewni, że egzamin na medycynę będzie dla nich łatwy, że wszystko się powiedzie?
Miłe to, Marku, że przyprowadziłeś do mnie swoją piękną dziewczynę, że wraz z Pawłem przynieśliście kwiatek i życzenia z okazji Dnia Nauczyciela, trzy miesiące temu. Te miłe zdarzenia zacierają to, co było trudne dla wszystkich w tej niezapomnianej turystycznej klasie, w klasie samych indywidualistów: Kaśki, Adrianny, Magdy, Maćka... Czasem trudno było dyskutować, trudno przekonać, trudno pokonać. Aby tego dokonać, aby nas było mniej słychać, zamykaliśmy się w szkolnej harcówce, w piwnicy. Rozkładam teraz wiele, bardzo wiele widokówek wysyłanych mi przez Maćka Kuśmidera z jego wędrówek po Stanach Zjednoczonych. Mogłabym zrobić album, czytam jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze raz... Myślę, że jak upłynie jeszcze więcej czasu, pozostaną wyłącznie same miłe wspomnienia, a jako dokument, kronika i nakręcona na kasecie wideo szopka - piaskownica szkolna. Może kiedyś oglądniemy ją jeszcze raz razem, niestety, już bez profesora Jerzego Wolińskiego. Krajobraz profesorów zaczyna się przerzedzać...
Pamiętam słowa Frejlaka "...stawiaj sobie wysokie wymagania, wysoką poprzeczkę, bo nigdy przeciętny nie wykształci wybitnego..." I stawiam te poprzeczki, stawiam je coraz wyżej i odważniej dla szkoły, dla Mojej Szkoły. Czasem się udaje, częściej się udaje.
Od 1993 roku fascynującą historią i kulturą Żydów pragnę zarazić uczniów i kolegów w pracy. Już trzeci rok swoją działalnością szokujemy wielu ludzi w Polsce i w wielu krajach. Przyjmujemy u nas w "biało-niebieskiej" klasie wielu, bardzo wielu Żydów. Nas zapraszają też. Szkoda, że z różnych powodów, często finansowych nie mogę z wszystkimi moimi uczniami z tej "hebrajskiej" klasy podziwiać egzotykę Izraela, chodzić tymi ścieżkami, po których być może chodził Jezus. Szkoda, że nie wszyscy mogliśmy być przyjęci przez Papieża Jana Pawła II. Nie wszyscy śpiewaliśmy Papieżowi "Alleluja" po hebrajsku, nie wszyscy mogli podziwiać zabytki Włoch, Niemiec, Austrii czy Anglii. Poznajemy za to wszyscy prawdziwą historię Polski i historię narodu żydowskiego. Próbujemy razem z kolegami, może już z przyjaciółmi, z Niemiec i Izraela trzymać się za ręce i......i to się udaje.
Przygoda w szkole dalej trwa, wierzymy, że wytrwamy, wierzymy, że się wszystko uda, wierzymy, że wytrzyma nasza przyjaźń i pokój na świecie. W kwietniu będziemy jako jedyni Polacy, jako jedyni nie-Żydzi, razem z siedmiotysięczną grupą Żydów z całego świata trzymali się za ręce w Marszu Żywych w Oświęcimiu.
Nie lubię różowego koloru, dlatego może nie zawsze jest różowo. Wiele moich pomysłów nie zawsze akceptują moi koledzy w szkole. Czasem przeszkadza im to w pracy, w prowadzeniu lekcji, w realizacji programu. Przepraszam ich za to. Nie potrafię wszystkich zadowolić, wszystkiego sama dobrze zrobić, nie wszystkich pewnie sprawiedliwie ocenić, ale staram się zawsze o to bardzo. [...]
Co będzie za rok? Myślę, że zrobimy coś jeszcze, że dokonamy czegoś razem, może zadziwimy jeszcze raz...
Janina Górz, nauczycielka biologii od 1979 roku
"W marcu 1993 roku zapoczątkowaliśmy spotkania z Ojcem Świętym."
Tak, to prawda. Już 40 lat . To okrągły jubileusz naszej szkoły. Szkoła jak każda inna, realizująca swe naczelne zadania: kształcić i wychowywać. Ale VIII LO to nie tylko lekcje w salach, to również wycieczki, imprezy, spotkania ze sławnymi, ciekawymi ludźmi, spotkania, które na zawsze pozostaną w pamięci. O jednym z nich chciałabym w tym miejscu opowiedzieć.
Marzec 1993 roku. Młodzież naszego Liceum wyjeżdża na pielgrzymkę do Włoch. Trasa wspaniała: Wiedeń - Wenecja - Padwa - Loreto - Asyż -Rzym -Monte Cassino - Pompeje -San Marino. Rzym - wieczne miasto, Loreto, Monte Cassino - wszędzie ślady polskości - Kościółek Quo Vadis i Henryk Sienkiewicz, walki polskich żołnierzy w czasie II wojny światowej o naszą i waszą wolność - zwiedzamy podziwiamy, nutka zadumy i łzy na cmentarzach polskich żołnierzy - jakaż to wspaniała lekcja historii.
Chyba każdy Polak wyjeżdżający do Rzymu, a zwłaszcza krakowianin ma jedno marzenie - spotkanie z Ojcem Świętym. My też o tym marzyliśmy, ale do końca nie byliśmy pewni czy nasze marzenie urzeczywistni się.
W Rzymie zamieszkaliśmy w Domu Polskim im. Jana Pawła II. Program zwiedzania napięty - tyle przecież trzeba zobaczyć. Codziennie wyjeżdżamy wcześnie rano, powrót późnym wieczorem. Poniedziałek, 29 marca 93 roku. Poprzedniego dnia całodzienne zwiedzanie, pobyt w rozgłośni watykańskiej, uczestniczymy we Mszy Św. transmitowanej na cały świat, młodzież śpiewa psalmy. Wracamy bardzo późno, a następnego dnia znowu wczesny wyjazd. Już mamy wsiadać do autokaru - telefon. Dzwoni o. Dziwisz z wiadomością, że Ojciec Św. wysłuchał poprzedniego dnia mszy św. transmitowanej przez Radio Watykan i zaprasza nas do siebie na audiencję. Chce spotkać się z młodzieżą VIII LO z Krakowa. Wielkie zaskoczenie, radość, zmiana planu zwiedzania. Kupujemy piękne kwiaty - biało-żółto-niebieskie, próba z gitarą - chcemy zaśpiewać Papieżowi. Gwardia Szwajcarska wprowadza nas, wchodzimy do Watykanu przejęci, wzruszeni. Sala Clementinum - to tu Papież spotka się z rodakami. Zwykle jest tu 100-300 osób. Tym większe wzruszenie - jesteśmy w n ielicznej grupie. Wchodzi Ojciec Święty, wita się z nami, rozmawia. Jest uśmiechnięty i ze wzruszeniem stwierdza, że prawie tyle lat nie ma go już w Krakowie, ile lat ma młodzież, która go dziś odwiedza. "...Pozdrówcie ode mnie Kraków, Grzegórzki gdzie wasze Liceum. Nie dajcie się... Niech Bóg błogosławi rodzicom, księżom. Szczęść Boże. Pozdrówcie, pozdrówcie wszystkich swoich bliskich w Polsce: rodziny i parafie, środowiska w których pracujecie. Szkołę pozdrówcie, liceum imienia Stanisława Wyspiańskiego na Grzegórzkach. Zdajcie maturę, potem się dobrze wybierzcie na studia. Niech Wam Bóg błogosławi". Na zakończenie audiencji śpiewamy Ojcu Świętemu "Czarną Madonnę" - śpiewa z nami, jest wzruszony. "Pięknie. No, niech Wam Bóg błogosławi z całego serca. I wszystkim profesorom, profesorkom, dyrektorowi i wszystkiemu".
Opuszczamy Watykan. Młodzież wzruszona, z wypiekami na twarzy, gdzieniegdzie słyszę słowa: "To był najpiękniejszy dzień w moim życiu. Nigdy go nie zapomnę."
Tak, to prawda. Wielu z naszych absolwentów zapomni dużo z tego, czego staramy się ich nauczyć, ale to spotkanie z pewnością zostanie w pamięci na całe życie.
W marcu 1993 roku zapoczątkowaliśmy te spotkania z Ojcem Świętym. Od tego czasu co roku młodzież naszego Liceum kontynuuje wizyty u Ojca Świętego. W kwietniu 1996 roku będzie to już szóste spotkanie.
Małgorzata Mieszkowska, nauczycielka języka niemieckiego od 1976 roku
"Ta praca, jakkolwiek przeklęta, jest zarazem i błogosławiona."
Nie wiem, czy dam radę. Wstydzę się już na wstępie i pełna jestem obaw. Jak tu mówić o uczuciach, żeby nie popaść w sentymentalizm, w coś ckliwie-obrzydliwego, co w zakłopotanie wprawi czytelników i mnie? A bez uczuć o VIII LO nie potrafię.
Bez uczuć mówić o swojej pracy tutaj to znaczyłoby zwyczajnie kłamać, łgać jak pies, bo od początku wszystko odbywało się tu na najwyższych emocjonalnych obrotach. Od pierwszej też chwili było jasne, że tak nie można, że jedynym ratunkiem jest uczenie się dystansu (zwłaszcza do uczniów, Jezu, głównie do nich! ). Nauczycielstwo to przecież wielka sztuka rozstań, nie kończący się rytuał żegnania tych, których się pokochało. Nie czynić z tego melodramatu - oto chwalebna umiejętność.
Ciągle jednak nie umiem się zdobyć na tę stoicką dyscyplinę. Mieszam uczucia do wszystkiego, utrudniając sobie ten zawód, jak tylko można. Czynię go wyczerpującym, nieznośnym, przeklętym (ileż można lewitować? Ileż można płonąć?). Co najmniej raz na miesiąc jęczę, że rzucę tę szkołę w diabły; włożę ręce w kieszeń i pójdę gdzieś, gdzie nic nie będzie mnie obchodziło i ja nie będę nikogo obchodziła, i raz sobie wreszcie odpocznę. Po czym zostaję.
Zostaję, oczywiście. Może w nadziei, że przecież kiedyś tego mądrego dystansu się nauczę. A może w przekonaniu, że ta praca, jakkolwiek przeklęta, jest zarazem i błogosławiona?
O jej błogosławieństwach mówić mi najtrudniej, a o to chyba w tej książce chodzi... Nawet jeśli się jest polonistką i całe życie przebiera się w słowach, niełatwo tu znaleźć te właściwe. Naprawdę.
Jakim językiem mówić, żeby nie wypadło głupio, o takim na przykład Czerlunczakiewiczu? Rozmowy z nim na lekcjach i pomiędzy nimi były niesłychane, bo pięknie i rozumnie ważył słowa, a pod pancerzem ironii nosił serce prawdziwie gołębie. Piotr był jednym z pierwszych moich uczniów. Otwiera galerię moich szkolnych zdumień, zauroczeń i zapatrzeń w ludzkie wnętrza.
Zaraz tam gdzieś na początku znajduje się Blecharz. Pisał prace z literatury i filozofii od razu gotowe do druku. Wcześniej jednak na Pawle położyła rękę Górzowa, więc nie zostanie on już przewodniczącym polskiej sekcji PEN-klubu, tylko, wstyd powiedzieć, lekarzem. Blecharz to była nie tylko mądrość niepospolita, ale i patriarchalna jakaś czułość dla świata. Czasem niechcący działo się tak, że odwracały nam się role - i on stawał się nauczycielem, perorował, a ja słuchałam jego słów z żarłoczną ciekawością. Brałam, co swoje, i do domu. Do dziś trzymam.
Nie każcie mi mówić o Kuśmiderze, błagam. To temat delikatny jak cienkie szkło. Odwrotnie proporcjonalny, by tak rzec, do jego głosu. Maciek nie mówił, tylko grzmiał, jak Herdegen i Ładysz razem wzięci. Robiliśmy teatr jednego aktora - on grał, ja reżyserowałam (dzielny człowiek). Od pierwszej próby po ostatni spektakl nie mogłam się nacieszyć dwiema rzeczami - tekstem Stachury, który piłowaliśmy w natchnieniu, i tym jego głosem. Z takiego głosu, jak miał Kuśmider, można by robić pluszowe kanapy i przepastne fotele przetykane brokatem. Ale piękno Maćka, rzecz jasna, polegało nie tylko na głosie. To była poza wszystkim piekielna inteligencja i zamieszana w to wszystko jakaś romantyczność. No i jeszcze śmiech. Gdy się Kuśmider nim zanosił, to jakby artyleria biła z dwóch stron. Strzeżcie go, zorze miłe.
Stało się wreszcie tak, że po trzech latach mozołu w VIII LO miałam też swoich olimpijczyków. Ciągle mam wyrzuty, że niewiele poświęciłam im czasu, że nie dopieściłam, jak należy. Dorastali gdzieś w cieniu moich innych, na ogół aktorskich gwiazd i nigdy nie wyłożyłam im dość jasno, ile dla mnie znaczą.
Aneta Karasiówna łączyła w rzadki sposób kobiecą wrażliwość z wnikliwością myślenia. W jej pracach nigdy retoryka nie górowała nad logiką, a ich dojrzałość mnie niemal zawstydzała. Skąd się to bierze, że w wieku osiemnastu lat można tyle o życiu wiedzieć? Skąd się dostaje takie coś, gdzie to rozdają? Karasiówna miała słuch do poezji idealny i potrafiła dobrze, bez egzaltacji, o niej pisać. Czytanie Anety było dla mnie niezmienną przyjemnością, podobnie zresztą, jak lektura prac drugiego mojego olimpijczyka, Kamieńskiego.
Ten znowuż był rasowym arystokratą ducha. Nosił się z leciutką nonszalancją, ale nikt w nią, naturalnie, nie wierzył. Jasne było, że aranżuje ją specjalnie, aby choć trochę zrównoważyć nienaganność swoich manier. Wyróżniał się albowiem z tła naszego gimnazjum drastycznie. Taki też był w środku. Starał się o swobodę, ale zewsząd wyłaziła na wierzch ta jego błękitna krew. Intelektualizm Łukasza miał w sobie elegancki, dowcipny, herbertowski powab. Człowiek czuł się przy nim jak inteligent w pierwszym pokoleniu. Lubiłam go. Wiedziałam o jego samotności. Prywatnie rozmawialiśmy prawie szeptem, a nasze słowa, im bardziej były urywane, tym stawały się lepsze. Ale o tym sza. Ciekawą rzecz - rodzaj cichego wspólnictwa, nie wyartykułowanego porozumienia ponad szkolnym konwenansem - podarował mi Marcin Kałuża. Buntownik bez powodu, skrzyżowanie Jamesa Deana ze Zbyszkiem Cybulskim. Od pierwszej klasy chodził w czarnej skórze, a w oczach nosił egzystencjalną znajomość różnych spraw. Wszędzie też węszył obecność abs urdu, zwłaszcza w szkole (no, tu akurat, zgódźmy się, nietrudno). Kałuża ostentacyjnie nie chciał się wpasować w szkolny system. Jezu, co z nim było. Wychodziliśmy z siebie, żeby go jakoś przykroić, żeby go w to ciasne, absurdalne ubranko jakoś upchnąć. Na próżno, wciąż wystawał.
Czy go nie rozumiałam? Mój Boże! Widziałam wszystkie choroby, jakie toczą ten niedobry, przestarzały system, równie jasno, jak on. Też się przeciwko nim buntowałam (zapytajcie Kusztala). Różnica między nami polegała na tym, że ja na modłę Camusa usiłowałam jakoś z tym absurdem walczyć, a Kałuża, wzorem Sartre'a, demonstrował mdłości.
Zupełnie nie potrafię napisać szerzej o Michale Miedzińskim. Wątpię, czy udałoby się adekwatnie i bez patosu nazwać to, co robiła ze mną jego muzyka. Powiem więc tylko, że grywał ją w miodowo-złote wieczory w domu wczasowym "Janosik", w Powroźniku, gdzie przebywaliśmy na obozie naukowym. Od tamtej pory wiem, że klasyczna gitara to jest, jak to mówią, duża rzecz. Dzisiaj listy od niego trącą tamtym Bachem, a jego słowa działają podobnie.
Wtedy, w Powroźniku, żal było spać. Nie tylko ze względu na muzykę Michała i na wtórującą jej muzykę Wojtka Kozłowskiego. Nawet nie ze względu na czysty śpiew Gaby i Agnieszki Piekarz. Tam było jeszcze coś. Nie wiem, kto to umiał robić (chyba Gaba Wójcik, tak, ona miała ten dar), ale raz po raz dom wczasowy "Janosik" przedzierzgiwał się w prawdziwy dom.
Gitara sobie mżyła do wtóru szeptów, a ja patrzyłam, jak przycupnięci w kupce grzali się swoim nuceniem. Byłam wśród nich. Słyszałam te rozmowy, zwierzenia i śmiechy. Oto samo jądro upragnionej normalności - myślałam. Mają w sobie wszystko: żart i marzenie, dystans i żarliwość, ironię i wzruszenie; szczyptę mądrości i szczyptę drwiny z rozumu; tonację dur i tonację moll. A wszystko w dobrych, zdrowych proporcjach i połączone, jakby nigdy nic. Jakoś tak robią, że im to gra. Nic się nie kłóci. Jak duża mądrość życia, jak duża umiejętność życia jest w dzieciach! To, co powstaje między uczniami a nauczycielem podczas spotkań w szkole i poza nią, jest wielkim niebezpieczeństwem tego zawodu. Daje człowiekowi poczucie istotności jego działań, ale też uruchamia całą ludzką bezbronną wrażliwość. Na to zaś nauczyciel nie bardzo może sobie pozwolić.
Oto za chwilę zostanie przecież jak Pigmalion, któremu zabrano Galateę. Z pustymi rękami. Może tylko z dłutem drżącym jeszcze w dłoni. Zmęczony i szczęśliwy, bo dzieło wyszło jak należy, ale zaskoczony, że już go nie ma. Zniknęło, zanim zdążył się nim nacieszyć. Porwał je świat.
Jak tu oswoić tę cholerną sytuację? Jak w tej roli Pigmaliona wydać się sobie mniej żałosnym, a bardziej, powiedzmy, zabawnym? Oto wyzwanie! Nauczycielstwo to nie jest zajęcie dla płaksliwych, rozlazłych bab. To robota dla atletów i huzarów.
Ósmemu liceum zawdzięczam to, że od pięciu lat usiłuje zrobić ze mnie prawdziwego mężczyznę.
Katarzyna Miezian, nauczycielka języka polskiego od 1990 roku
Uczniowie, o których pisze Pani Profesor, są teraz studentami: Piotr - ochrony środowiska PK, Paweł i Maciek - Akademii Medycznej, Aneta, Marcin i Agnieszka - filologii polskiej UJ, Łukasz - nauk politycznych UJ, Gaba - pedagogiki z filozofią Kolegium Jezuickiego, a Michał - wstąpił do Nowicjatu OO Dominikanów.
"Dzięki tym zajęciom poznali i pokochali Kraków."
Wielu ludzi traktuje historię jako przedmiot mało użyteczny, mający niewiele wspólnego z teraźniejszością. Jest to jednak sąd bardzo niesprawiedliwy i powierzchowny, gdyż faktycznie nauka ta umożliwia rozumienia współczesnego świata, jego problemów, właściwej analizy zjawisk społecznych, politycznych i kulturowych.
Według mnie najważniejszą sprawą dla młodzieży jest poznanie dziejów własnego regionu, miasta, docenianie jego walorów, znaczenia i dorobku cywilizacyjnego.
Na lekcjach historii nie ma jednak wystarczającej ilości czasu na poznawanie przeszłości swego środowiska. Okazję tę stwarzają zajęcia pozalekcyjne, prowadzone w ramach Kręgu Miłośników Historii Krakowa. Jest to organizacja międzyszkolna, skupiająca uczniów zainteresowanych dziejami miasta, którzy poprzez różne formy pragną rozwijać nie tylko wiedzę, ale także kształtować umiejętność współpracy i odpowiedzialności za podjęte zadania.
Krąg Miłośników Krakowa działa w naszym liceum od 1990 roku. Początkowo, praca Kręgu polegała na organizowaniu prelekcji, wycieczek, quizów, konkursów. Z czasem zaczęła wzbogacać swoje formy pracy. Wielką popularnością zaczęły się cieszyć kursy młodzieżowych przewodników po Krakowie. Niektórzy uczniowie z zajęć tych tak wiele wynieśli, że stali się profesjonalnymi przewodnikami. Zdali egzaminy przed Komisją Muzeum Historycznego Miasta Krakowa i Działu Oświatowego Państwowych Zbiorów Sztuki na Wawelu. Pierwsi zawodowi przewodnicy od 1993 r. to: Iwona Pauli i Joasia Tomaszkiewicz z dawnej klasy IV c, Aldona Garbacz z IV e oraz Łukasz Nogieć i Łukasz Żabicki z II a. Rok później taki tytuł uzyskali Agnieszka Rzepka i Jolanta Pokorska z III d oraz Małgorzata Morajka i Beata Wójcik z IV b. Trudno policzyć uczniów, którzy uzyskali stopień przewodnika młodzieżowego. Wszyscy oni są pomocni w prowadzeniu zajęć muzealnych lub wycieczek po Śródmieściu, Kazimierzu, czy szlakiem Wyspiańskiego. Pod tym względem na pewn o jesteśmy ewenementem wśród szkół Krakowa.
Inną formą pracy kręgu jest Służba Wawelska, która w bieżącym roku przekształciła się w zasadzie w służbę muzealną. Nasi uczniowie dyżurują na Zamku Wawelskim, w Katedrze, Muzeum Archidiecezjalnym, Bazylice Mariackiej, Wieży Ratuszowej. Podczas pełnienia służby, uczniowie poznają przewodników, uczą się właściwego prowadzenia grupy a także udzielają informacji turystom. W czasie wakacji sprzedają wydawnictwa wawelskie albo pracują jako profesjonalni przewodnicy.
Od dwóch lat, w listopadzie, biorą bardzo liczny udział w Kwestach na Cmentarzu Rakowickim, w tym roku również w kweście na odnowę Cmentarza Orląt Lwowskich. Koordynatorami tej akcji są uczniowie z obecnej klasy IV a - Michał Zaremba i Jacek Kura.
Prelekcje, odczyty, seminaria, kwesty nie wyczerpują wszystkich form zajęć Kręgu. Organizowane są również liczne wycieczki krajowe i zagraniczne. Podsumowaniem pracy Kręgu był sejmik, zorganizowany w styczniu 1995 r. w Urzędzie Miasta Krakowa Przyjechały na niego delegacje młodzieży i muzealników z całej Polski. Praca naszych uczniów została bardzo wysoko oceniona.
Zdecydowaną większość stałych członków Kręgu stanowią uczniowie naszego liceum. Są silną grupą. Silną, swoją wiedzą i solidnością. To prawdziwi pasjonaci. Można zawsze na nich liczyć. Myślę, że dzięki tym zajęciom poznali i pokochali Kraków.
Ludmiła Okrzesik, nauczycielka historii od 1988 roku
"Nasza szkoła pozostała sympatycznym miejscem, do którego chętnie się wraca".
W moim życiu VIII Liceum Ogólnokształcące odgrywa rolę szczególną. Nie jest to bowiem tylko moja "stara buda", którą każdy po pewnym czasie wspomina z mniejszym lub większym sentymentem, ale również obecne miejsce pracy. O tyle, o ile przy wyborze liceum kierowałam się raczej bliskością szkoły, a nie jej wysokim poziomem, czy wielkimi tradycjami, o tyle jako nauczyciel przyszłam tu świadomie, kierując się w znacznej mierze sympatycznymi wspomnieniami. Wydaje mi się, że zawsze była to i nadal jest, "ludzka" szkoła, gdzie uczeń nie jest traktowany, jako zło konieczne, ale jako dość poważny partner. Oczywiście do takiej współpracy muszą dorosnąć obie strony. Zapewne są od tej reguły wyjątki wśród uczących, ale na pewno są również uczniowie, czy nawet klasy, z którymi w ten sposób pracować się nie da. Szkołę przeważnie szczerze się lubi dopiero po jej ukończeniu jednak są też ludzie, programowo zwalczający instytucję szkoły i uważający, że dobra i fajna szkoła po prostu nie istnieje.
Fakt, że przy obecnych niskich zarobkach nauczycieli, pracuję w szkole państwowej, jest w moim przypadku spowodowany głównie tym, że po prostu bardzo lubię pracować z młodzieżą, tą "normalną", a nie taką, która uważa, że pieniądze płacone przez rodziców zapewnią jej bezbolesną edukację. Wydaje mi się, że młodzież uczęszczająca do naszej szkoły w większości przypadków jest właśnie taka, bez szczególnych snobizmów i przekonania o swej absolutnej wyjątkowości. Również atmosfera panująca w pokoju nauczycielskim jest nie bez znaczenia.
Wszyscy nauczyciele, którzy kiedyś uczyli mnie i nadal pracują w VIII LO, przyjęli mnie bardzo serdecznie. A przecież sytuacja, gdy człowiek z ucznia staje się kolegą jest dziwna i trudna. Gdzieś wewnątrz w dalszym ciągu pozostaje się tym uczniem.
Tych kilka zdań może chyba świadczyć o tym, że nasza szkoła, mimo ogromnej ilości uczęszczających do niej uczniów nie zamieniła się w kombinat produkujący raz do roku maturzystów, ale pozostała sympatycznym miejscem, do którego chętnie się wraca, nawet po wielu latach.
Maria Pilch, nauczycielka języka angielskiego od 1989 roku
absolwentka z 1976 roku
"Jestem szczęśliwa, że właśnie tu pracuję."
Po ukończeniu studiów wędrowałam ze szkoły do szkoły nim otrzymałam etat w VIII LO, które przed laty sama ukończyłam. Korytarze, sale przypominały mi bardzo ciekawy okres mojego życia. Tu miałam wspaniałych przyjaciół i ulubionych nauczycieli, którzy uczyli mnie i jeszcze uczą młodych ludzi. Tu spotkałam wspaniałą koleżankę, pasjonatkę olimpiad biologicznych, Jasię Górz. To ona zaszczepiła mi pasję pracy ciężkiej, ale wspaniałej z młodymi, zdolnymi ludźmi.
Po roku otrzymałam pierwsze wychowawstwo. To w tej klasie wyłoniłam czterech olimpijczyków, z których zwłaszcza jeden Tomek Milewicz dostarczył mi największych osiągnięć pedagogicznych. Był dwukrotnie laureatem Ogólnopolskiej Olimpiady Biologicznej (VI i II miejsce) i zwyciężył w międzynarodowych zawodach w Pradze. Dwukrotnie był stypendystą funduszu UNESCO dla dzieci szczególnie uzdolnionych. Podczas wręczania stypendiów na Zamku Królewskim w Warszawie, prof. Jan Szczepański wypowiedział wspaniałą myśl: "Odważyć się być mądrym w obecnym świecie to bardzo trudna rzecz". Stało się to mottem pracy moich uzdolnionych uczniów. Pozostali olimpijczycy Krzysztof Gronuś, Wojtek Stobiński i Iwona Tyteja nie byli wprawdzie laureatami ogólnopolskiej olimpiady, ale bez żadnych problemów dostali się na studia i dziś są lekarzami i biologami.
W następnej klasie wychowawczej spotkałam znowu wspaniałą czwórkę chłopców, którzy oprócz zainteresowania biologią, znali doskonale język angielski. Już po pierwszej klasie, w 1986 r., zostaliśmy zaproszeni na I Kongres Ekologiczny do Hagi, organizowany przez Międzynarodową Organizację ds. Ochrony Środowiska CEVNO z siedzibą w Hadze. Tu moi chłopcy pracowali w grupach młodzieży z całego świata, tu prowadzili badania z ochrony środowiska powietrza i wody. Ich praca bardzo spodobała się Amerykanom i zostaliśmy przez nich zaproszeni na II Kongres do Chicago. Wyjazd do Stanów poprzedzony był wieloma przygotowaniami; najpierw załatwianie wiz, które otrzymaliśmy, ku zdumieniu wszystkich znajomych, w ciągu jednego dnia. W owym czasie (1987 r.) było to bardzo trudne zadanie. Potem przygotowywaliśmy prace (oczywiście w języku angielskim) na temat zachorowań na nowotwory w Krakowie wśród kobiet i mężczyzn. Wszystko wypadło znakomicie. Po kongresie przedłużyliśmy sobie pobyt za oceanem jeszcze o cztery tygodnie, p oświęcając ten czas na zwiedzanie.
Wśród czwórki chłopców, Piotrek Czabański - pasjonat ornitologii - był dwukrotnym laureatem Centralnej Olimpiady Biologicznej, skończył biologię, był stypendystą w Irlandii. Marcin Barczyński i Wojtek Szot zostali studentami medycyny, a Andrzej Franaszek został filologiem. Piotrek Czabański i Marysia Szot pojechali na kolejny kongres do Anglii, gdzie wzbudzali ogromne zainteresowanie organizatorów, prezentując doskonałe przygotowanie merytoryczne oraz... oryginalne stroje krakowskie.
W następnej klasie było kilku uczniów chętnych do ciężkiej pracy, ale tylko Ania Anielska dwukrotnie brała udział w wojewódzkiej olimpiadzie biologicznej. W tym zespole klasowym napotkałam na uczniów, mających kłopoty w nauce. Wynikało to z ich niezwykłej wrażliwości i słabej konstrukcji psychicznej. Moją pasją stała się pomoc tym wartościowym dzieciom. I udało się, wszystkich doprowadziłam do matury. Dzięki życzliwości uczących i pomocy dyrekcji, każdy uczeń potraktowany indywidualnie odnalazł swoją wartość i uwierzył w możliwość pokonywania kłopotów i trudności.
I znowu nowa klasa, nowi uczniowie. Jest wśród nich grupa, znająca świetnie język angielski. Może znowu zacznie się kolejna przygoda. Dostałam zaproszenie na X Kongres Ekologiczny do Hagi. Myślę, że Magda Kodura, Kasia Milanowska, Kasia Papież, Maciek Rzepecki godnie zastąpią swoich kolegów sprzed lat.
Czas w tej szkole mija bardzo szybko. Zmieniają się moje pasje, powstają nowe pomysły, dyrekcja ciągle inspiruje nas do nowych poszukiwań. Jestem szczęśliwa, że właśnie tu pracuję.
Krystyna Turopolska, nauczycielka biologii od 1980 roku.
absolwentka z 1966 roku
"Jego dewizą było zdanie: dzień bez szkoły jest dniem straconym ."
Każdy człowiek, a zwłaszcza młody do pełnego życia potrzebuje nie tylko wykształcenia, ale także ideałów. W funkcjonowaniu szkoły ideał wychowawczy ma znaczenie fundamentalne.
Dla mnie, a myślę że i dla uczniów VIII LO takim autorytetem moralnym, autorytetem wiedzy i umiejętności zawodowych, a także autorytetem taktu i kultury był nauczyciel, wychowawca i przyjaciel młodzieży, dyrektor tego Liceum Janusz Kaczkowski.
Powtarzał On wielokrotnie swoim uczniom, że nikt inny tylko oni sami kreują swój życiorys: swoją wolą i nastawieniem do innych ludzi, wiarą w sukces. Jego dewizą było zdanie, które często powtarzał "dzień bez szkoły jest dniem straconym" i które stosował w swej pracy. W wolne od nauki dni (sobota, niedziela) organizował dla grona i młodzieży piesze wędrówki do pięknych okolic Krakowa. Uczestniczył w zajęciach pozalekcyjnych, wizytował obozy i wycieczki klasowe (bez zapowiedzi), aby służyć pomocą wychowawcy i poprowadzić grupę, wybraną, atrakcyjną trasą.
Dbał o rekrutację i dobry nabór młodzieży do naszego liceum. Z jego inicjatywy prowadziłam zajęcia z uzdolnioną matematycznie młodzieżą ze szkół podstawowych, którą przygotowywałam do rozpoczęcia nauki w liceum, w klasach o profilu matematyczno-fizycznym. Młodzież ta w 100% dostawała się na studia, kilku uczniów ukończyło wydział matematyczny i pracuje w szkole bądź na uczelni.
Wszyscy, którym było dane współpracować z Nim, podpatrywali jego warsztat pracy, zmysł organizacyjny i zaangażowanie w każdą najdrobniejszą ludzką sprawę, zdobyli olbrzymi niezmiernie wartościowy kapitał wiedzy i doświadczeń.
Ewa Szewczyk, nauczycielka matematyki od 1974 roku
"Szkoła trwa niezależnie od tego, czy ustroje się zmieniają, a kolejne rządy upadają."
Kiedy 1 września 1962 roku zaczynałam pracę w Liceum im. Wyspiańskiego nie przeczuwałam jeszcze, że stanie się ono dla mnie drugim domem, a praca z młodzieżą moją największą życiową pasją.
Patrząc wstecz widzę kalejdoskop osób i zdarzeń dzięki którym szkoła żyła i żyje do dziś i wytwarza niepowtarzalną atmosferę. Jest coś nieuchwytnego w aurze VIII Liceum, co sprawia, że kto tu przychodzi - chce zostać. Dlatego też nasi absolwenci przysyłają tu swoje dzieci, a nauczyciele tu właśnie chcą pracować dopóki im sił wystarczy.
Kiedy po raz pierwszy stanęłam przed klasą, w której obejmowałam wychowawstwo miałam ogromną tremę - czy uda mi się z nimi nawiązać kontakt? Czy mnie polubią? Dla młodego nauczyciela jest to ogromne przeżycie.
Moja pierwsza klasa wychowawcza! Ileż wspólnych przeżyć, wycieczek, zimowisk a później spotkania po maturze i wspomnienia.
Potem następne klasy, nowe emocje i problemy i tak przez trzydzieści parę lat.
Iluż to uczniów, nauczycieli, dyrektorów i pracowników administracji tworzyło i tworzy historię tej szkoły. Nie sposób wymienić tu nazwisk wszystkich naszych absolwentów, którzy dziś są wybitnymi fachowcami w wielu dziedzinach: lekarzami, prawnikami, aktorami, pracownikami naukowymi.
Ale przecież nie chodzi tylko o tych wybitnych, nie mniej ważni, są ci, którzy musieli pokonać wiele przeciwności życiowych, aby skończyć szkołę i znaleźć swoje miejsce w życiu. Ważne, aby wszyscy czuli się potrzebni i szczęśliwi i tego im życzę z całego serca. Kiedy myślę o tych minionych latach, muszę wspomnieć o roku szkolnym 1980/81, który ze względu na swoją dramaturgię utkwił mi w pamięci. Pełniłam wtedy funkcję zastępcy dyrektora. W szkole jak i w całym kraju kotłowało się od zebrań, wieców i imprez patriotycznych, jak wiadomo - szło Nowe. Nad wszystkim górowała nadzieja i oczekiwanie, ale też lęk przed nieznanym jutrem. Wprawdzie poeta mówi: "Szczęśliwy, kto oglądał świat w chwilach przemiany i przełomu, bogowie go do swego domu wezwali, by do uczty z nimi siadł", ale dla nas był to okres ogromnego wysiłku i napięcia, między innymi dlatego, że oczekiwania władz nie zawsze były zbieżne z oczekiwaniami społeczności szkolnej. Bardzo nas wtedy wspierał Komitet Rodzicielski, obawiając się, że dwie "sł abe kobiety" nie są w stanie tego udźwignąć. Na szczęście naszej szkolnej rodzinie udało się w zgodzie i wzajemnym zaufaniu przeżyć ten rok, a potem następne, które też były niełatwe.
Kiedy przyglądam się moim młodszym koleżankom i kolegom widzę, że tak jak ja kiedyś, tak i oni teraz połknęli tego bakcyla, który sprawia, że nie bacząc na sprawy domowe i rodzinne biegną do szkoły, bo tu jest dla nich najważniejsze miejsce na świecie.
Szkoła staje się dla nich treścią życia i jednocześnie opoką, która pozwoli przetrwać wszystkie złe chwile, opoką która trwa niezależnie od tego, czy ustroje się zmieniają, a kolejne rządy upadają.
Jadwiga Jabłońska, nauczycielka chemii od 1962 roku
"Może to ja miałam szczęście, ale Ci z którymi pracowałam zasłużyli na to, aby wyrazić im słowa uznania i podziękowania za to, że nie zmieniłam zawodu."
- Wiesz, że zbliża się jubileusz naszej szkoły, więc napisz parę swoich refleksji na tę okoliczność - zwrócił się do mnie dyrektor, mój kolega ze studiów.
- Dlaczego ja? - pytam.
- Jesteś jedną z seniorek w tej szkole.
Czy to o mnie? - Chwila namysłu - 23 lata. Szef ma zawsze rację! Myślę jednak, że w naszym zawodzie mamy mniejszą świadomość upływu czasu.
Matematykowi trudniej "przelać myśli na papier". Polecenia szefa należy jednak wypełniać. Wracam więc myślą do dnia kiedy, na szczęście nie sama lecz z moją przyjaciółką, Marysią Gomoliszewską i skierowaniem do pracy w VIII LO otworzyłyśmy ciężką bramę szkoły.
Przeuroczy starszy pan, dyrektor Dynowski rozmowę z nami zakończył konkluzją. Do koleżanki powiedział: "masz pełny etat matematyka", do mnie zaś: "a ty mała będziesz uczyć matematyki i fizyki". Wakacje przed rozpoczęciem pracy spędziłam rozmyślając, czy dział fizyki "elektryczność" jest bezwzględnie konieczny i czy urządzenia w pracowni fizycznej są niezbędne. Po ukończeniu matematyki na uniwersytecie nie miałam zbyt dobrych "kontaktów z prądem".
Los był jednak łaskawy i nie musiałam uczyć fizyki. Brakujące godziny uzupełniałam w liceum dla pracujących. Tak zostałam nauczycielem VIII LO. Dość szybko zorientowałam się, że sformułowanie "być nauczycielem" zawiera pułapkę. Nauczyciel to dwa różne zawody: uczący przedmiotu i wychowawca. To jest nierozdzielne jak niektóre działania matematyczne. Uczyć - wydawało się czymś prostszym. Efekty są bardziej wymierne. Uczeń zdaje lub nie zdaje matury, czy też egzaminu wstępnego na uczelnię.
Dzięki wspaniałym koleżankom Irence Pawlicowej i Zosi Walugowej, które poświęciły wiele czasu mnie i mojej koleżance, powoli stawałyśmy się nauczycielami.
"Być wychowawcą" - mam wątpliwości, czy dzisiaj po latach pracy, będąc wychowawcą już piątej, kolejnej klasy wiem, choć częściowo, jak dobrze wychowywać.
Literatura nie zawsze jest adekwatna do problemów, które napotykamy w rzeczywistości. Byli jednak życzliwi ludzie, którzy wiele mnie nauczyli. Nie sposób wymienić wszystkich. Z ogromnym wzruszeniem muszę wspomnieć dyrektora Janusza Kaczkowskiego, człowieka wielkiego formatu, wspaniałego pedagoga. Całe życie poświęcił młodzieży i nauczycielom.
Dzięki żmudnej pracy udało mu się znacząco poprawić poziom i renomę naszej szkoły. Kontynuowali to jego następcy. Obecny dyrektor robi to z równie dużym poświęceniem i uporem. Myślę, że efekty są bardzo widoczne.
Wreszcie coś o młodzieży. To przecież ona jest najważniejsza. Szkoła to właśnie ci młodzi ludzi. Są różni.
Może to ja miałam szczęście, ale Ci z którymi pracowałam zasłużyli na to, aby wyrazić im słowa uznania i podziękowania za to, że nie zmieniłam zawodu.
Mam wiele satysfakcji z pracy z uczniami, którzy dziś byliby chlubą każdej szkoły. Są wśród nich pracownicy naukowi, nauczyciele, lekarze, prawnicy, misjonarze... , ale przede wszystkim są to uczciwi wspaniali ludzie.
Myślę, że okres życia, który spędzili w szkole zostawił w ich pamięci dobry i trwały ślad, bo mimo, że los rozrzucił ich w różne strony świata, to mają chęć organizować jubileuszowe spotkania i odwiedzać swych nauczycieli. Dziś z dumą mówią, że są absolwentami jednego z najlepszych krakowskich liceów.
Ja zaś, seniorka wśród grona uczących, patrząc czasem na nich myślę: czy to naprawdę moi wychowankowie? Czy to możliwe, że dzieci moich uczniów już w tym roku będą zdawać maturę w VIII LO ?
Jadwiga Szarek, nauczycielka matematyki od 1973 roku
tel. (0...12) 421-15-71, e-mail: liceum@viii-lo.krakow.pl
Kontakt z webmasterem: Jacek Szwec [mail]




